15 sierpnia 2004

# 54

Nie sądziłam, że możemy mieć kryzys. Taki prawdziwy, z poważną rozmową, z wątpliwościami, płaczem, odgrzewaniem starych konfliktów. Rozpoczęty i zażegnany tego samego dnia na szczęście, podczas jednodniowego wypadu na wieś do Uncle & Lucil, bo nie przespałabym nocy, jeśli wiedziałabym, że coś między nami nie jest tak jak powinno. Nawet jeśli to moja wina, uważam, że po słowie przepraszam powinno być już tylko zrozumienie okazane przez drugą stronę, bo każdy popełnia błędy. Nie ma nic gorszego niż kajanie się przez godzinę, przepraszanie na klęczkach i odgrywanie mydlanej opery. Jeśli dwoje ludzi wierzy sobie, ufa, kocha się, to wie, że jedno słowo przepraszam wystarczy, bo ta druga osoba nie chciała, może nie przemyślała, nie zastanowiła się...

Tak jest najprościej, po co tkwić w konfliktach, po co ciche dni, cały ten stracony czas, który można przecież spożytkować znacznie przyjemniej. Te momenty, kiedy padają gorzkie słowa, i nie potrafię powstrzymać się od płaczu, za co od razu zaczynam się nienawidzieć, bo im bardziej staram się nie rozpłakać tym gorzej mi to wychodzi, to najbardziej przykre chwile, chociaż wiadomo, że są nieuniknione. Z jednej strony chciałabym je ominąć jakimś cudem, a z drugiej wiem, że bardzo się przez to docieramy, że odnawiamy to nasze zakochanie jak karoserię. Trochę wysiłku i znowu się błyszczy.

Chociaż, jeśli takie nieporozumienia mają potem wpływać na jakość seksu, to ja przeżyję, mogę przepraszać, mogę płakać, ale wiecie co – seks po kłótni jest nieporównywalny z niczym. Ale równie przyjemny jest wieczór w Spiżu przy świetnym piwie i kromce chleba ze smalcem, spędzony na rozmowach o Tunezji, o seksownych kobietach w ciąży, wspomnieniach z liceum...

Brak komentarzy: